Fałszywe informacje o zdrowiu nie są nowym zjawiskiem, ale internet nadał im skalę, jakiej nie miały nigdy wcześniej. Wokół zdrowia wyrósł rynek oparty na prostych odpowiedziach na złożone pytania — rynek, który żywi się ludzkim strachem i niepewnością. Tak opisują to badaczki dezinformacji z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, autorki raportu „Dezinformacja medyczna”.
Półprawda groźniejsza niż kłamstwo
Współczesna dezinformacja medyczna rzadko przybiera postać jawnej nieprawdy. Częściej są to narracje zbudowane na wyrwanych z kontekstu badaniach, pojedynczych przypadkach przedstawianych jako reguła albo selektywnie dobranych danych. Łatwiej je zakwestionować, trudniej odrzucić na pierwszy rzut oka. Popularne stały się treści o pasożytach, cudownych witaminach czy dietach mających leczyć wszystko — od migren po nowotwory. Ich wspólny mianownik to obietnica prostego rozwiązania skomplikowanego problemu zdrowotnego.
Problem zaczyna się wtedy, gdy takie przekazy skłaniają ludzi do porzucania terapii zaleconych przez lekarzy. Na oddziałach kardiologicznych widać to bardzo konkretnie: spośród 174 pacjentów hospitalizowanych z powodu ciężkiej niewydolności serca lub po zawale aż 100 odmówiło przyjęcia zalecanych szczepień ochronnych — pomimo że należeli do grup szczególnego ryzyka. Część pacjentów rezygnuje też z wizyt u specjalistów na rzecz naturopatów, energoterapeutów lub sprzedawców kosztownych suplementów.
Mechanizm, który za tym stoi, jest dobrze udokumentowany. Treści wywołujące silne emocje — strach, gniew, ekscytację — rozchodzą się wielokrotnie szybciej niż informacje oparte na danych. Algorytmy mediów społecznościowych wzmacniają ten efekt, premiując zaangażowanie bez względu na rzetelność treści. Osoby oferujące łatwe odpowiedzi posługują się przy tym językiem nauki i symbolami medycyny, co sprawia, że ich komunikaty wyglądają wiarygodnie nawet bez żadnego oparcia w dowodach.
Zombie Papers i sprawa Wakefielda
Szczególną kategorią są tzw. Zombie Papers — publikacje naukowe wycofane z obiegu z powodu błędów metodologicznych lub fałszywych danych. W świecie nauki przestają istnieć, ale internet ich nie usuwa. Nadal krążą jako rzekomy dowód na „prawdę ukrywaną przez Big Farmę”. Klasycznym przykładem jest artykuł Andrew Wakefielda z 1998 roku sugerujący związek szczepień z autyzmem. Pismo „The Lancet” wycofało go w 2010 roku po ujawnieniu, że dane zostały sfałszowane, a Wakefield utracił prawo wykonywania zawodu. Mimo to tekst jest do dziś cytowany przez środowiska antyszczepionkowe.
Skutki takich narracji bywają policzalne. W Japonii kilka medialnie nagłośnionych historii o rzekomych powikłaniach po szczepieniu przeciw HPV wystarczyło, by wyszczepialność spadła z około 80 proc. do poniżej 1 proc. Zarzutów wobec szczepionki nigdy nie potwierdzono, ale według szacunków skutkiem tej paniki były dziesiątki tysięcy dodatkowych zachorowań na raka szyjki macicy i tysiące zgonów.
Odporność na dezinformację da się budować
Badaczki z UMW podkreślają, że walka z dezinformacją nie może ograniczać się do zakazów ani kolejnych raportów. Sama ustawa potocznie zwana „Lex Szarlatan”, regulująca działalność pseudomedyczną w Polsce, jest jednym z elementów większego systemu — ale nie wystarczy bez edukacji i odpowiedzialności mediów. Kluczowe jest budowanie kompetencji krytycznego myślenia, zwłaszcza wśród młodych dorosłych, którzy — wbrew stereotypowi — należą dziś do grup najbardziej podatnych na fałszywe treści zdrowotne. Większość informacji konsumują za pośrednictwem mediów społecznościowych i rzadko mają nawyk weryfikowania źródeł.
Pozytywne przykłady też istnieją. We Wrocławiu dzięki konsekwentnej edukacji i współpracy z samorządem udało się odwrócić niekorzystny trend dotyczący szczepień przeciw HPV. Uniwersytet Medyczny buduje tam Centrum Odkryć Medycznych — przestrzeń edukacyjną pokazującą, jak przełomy naukowe zmieniały medycynę. Celem jest coś, co autorki raportu nazywają „szczepionką przeciw dezinformacji” — nie zakaz mówienia, lecz zdolność do rozpoznania, kiedy ktoś próbuje nami manipulować.