Zespół z Instytutu Ochrony Przyrody Polskiej Akademii Nauk sprawdził, jak o bioróżnorodności ptaków w miastach piszą naukowcy z dwóch różnych dziedzin – ekologii i planowania przestrzennego. Do analizy wykorzystano narzędzia sztucznej inteligencji, które porównały teksty obu grup pod kątem używanego słownictwa i proponowanych rozwiązań. Wyniki pokazały, że mimo wspólnego celu, jakim jest ochrona przyrody, języki obu środowisk niemal się nie pokrywają.
Dwa różne słowniki
Autorzy prac z zakresu planowania przestrzennego skupiali się przede wszystkim na wykonalności inwestycji. Analizowali koszty, logistykę oraz tzw. connectivity, czyli łączenie terenów zielonych korytarzami, którymi zwierzęta mogłyby się bezpiecznie przemieszczać. W tych opracowaniach zabrakło jednak odniesień do konkretnych potrzeb poszczególnych gatunków ptaków, które – jak podkreśla dr Magdalena Lenda, współautorka analizy – reagują na zmiany w otoczeniu bardzo różnie w zależności od gatunku.
Ekolodzy patrzyli na miasto z innej strony. W ich tekstach pojawiały się kwestie gatunków rodzimych i obcych, natężenia ruchu samochodowego czy zanieczyszczenia światłem. Rzadko jednak brali pod uwagę, czy proponowane przez nich rozwiązania da się wdrożyć w gęstej tkance miejskiej. Efektem bywały postulaty skrajnie restrykcyjne, trudne do zaakceptowania przez mieszkańców i zarządców terenu.
Żadna z grup nie odniosła się przy tym do społecznej funkcji terenów zielonych. Pominięto zdrowie mieszkańców oraz sprawiedliwy dostęp do przyrody niezależnie od zamożności dzielnicy – zagadnienie, które od 2022 roku znajduje się wśród priorytetów globalnej polityki ochrony przyrody. Przyjęte wtedy w Montrealu porozumienie ramowe ONZ dotyczące bioróżnorodności zakłada między innymi, że tereny zielone i wodne powinny być tak samo dostępne dla wszystkich mieszkańców miast, a nie tylko dla najzamożniejszych.
Gdzie rodzą się konflikty
Różnice w podejściu przekładają się na codzienne spory o zagospodarowanie miejskiej zieleni. Klasycznym przykładem jest koszenie trawników. Zarządcy terenu wolą kosić często i nisko, kierując się estetyką i porządkiem. Ekolodzy wskazują, że po takim zabiegu owady i drobne zwierzęta tracą schronienie, cień i dostęp do nasion, którymi się żywią.
Podobny spór dotyczy miejskich nieużytków – zarośli, starych sadów czy opuszczonych działek. Dla planistów to tereny bez wyraźnej funkcji, wymagające uporządkowania. Dla ekologów to często najcenniejsze biologicznie fragmenty miasta.
Sami ekolodzy popełniają jednak podobny błąd, proponując całkowite zamknięcie niektórych terenów dla ludzi. Dr Lenda zwraca uwagę, że miasto powstało dla mieszkańców, więc tego typu zakazy prowadzą do konfliktów społecznych zamiast ich rozwiązywać. Jako przykład kompromisu wskazuje krakowskie Łąki Modraszkowe, gdzie zamiast zakazu wstępu wytyczono ścieżki i postawiono tablice edukacyjne tłumaczące, dlaczego warto się ich trzymać. Według badaczki mieszkańcy, którzy rozumieją powód ograniczeń, w większości ich przestrzegają.
Dr Lenda, która wcześniej pracowała w Australii, wspomina tamtejszą praktykę organizowania nieformalnych spotkań, na które ekolodzy zapraszali architektów, planistów i samorządowców, by wspólnie szukać rozwiązań. W Polsce takich platform wymiany wciąż brakuje, co utrudnia wypracowanie wspólnego podejścia do ochrony miejskiej przyrody.